Rozmowa z Maciejem Płazą

2 maja 2016 | Aktualności, Patronat, Tłumaczenia, Wywiad, Zgroza w Dunwich | 0 comments | Autor:


mp
Maciej Płaza

Mateusz Kopacz: Zacznę może od zrzucenia na Pana obowiązku odpowiedzi na pytanie, którego słucham odkąd ukazała się Zgroza w Dunwich: panie Macieju, kiedy ten nowy Lovecraft?!

Maciej Płaza: Wydanie książki, zwłaszcza potężnej rozmiarami, to praca zespołowa, ja jestem tylko jednym z ogniw – ale zapewniam, że praca nad Przyszła na Sarnath zagłada jest na etapie wykończeniowym i jeśli nie wydarzy się coś nieprzewidzianego, książka wyjdzie w połowie czerwca.

Czy spodziewał się Pan aż tak pozytywnego odzewu? Przecież w obu tomach nie ma żadnego nieznanego polskiemu czytelnikowi utworu Lovecrafta. A mimo to reakcja fanów (będę pisał o fanach, gdyż Lovecraft dorobił się rzeczywistego fandomu) była taka, jakby otrzymali te teksty po raz pierwszy.

Spodziewałem się, że Zgroza w Dunwich zostanie doceniona – z grubsza jestem świadom wartości swojej pracy – ale chyba nie sądziłem, że zyska aż taką rangę, czyli klasycznego, obowiązkowego przekładu Lovecrafta.

Cieszy mnie to z wielu powodów, pomijając nawet osobiste zadowolenie. Po pierwsze, przekonałem się, że jakość przekładu jednak ma znaczenie, jest zauważalna i ważna nie tylko dla specjalistów. Po drugie, między innymi dzięki nagrodzie „Literatury na Świecie”, Lovecraft został wyciągnięty za uszy z bagienka trzeciorzędnej literatury i zauważony przez czytelników, którzy wcześniej by po niego nie sięgnęli. Po trzecie, stało się to wszystko przy znikomym wsparciu ze strony mediów tradycyjnych, np. recenzentów prasowych, co z początku trochę mnie niepokoiło.

Dużą rolę odegrał na pewno dobór tekstów. Z początku wahałem się, czy wybierając utwory do tłumaczenia, postawić na różnorodność, czy na jakość – u Lovecrafta niestety nie da się tego pogodzić, jego najlepsze utwory są dość podobne do siebie – i postawienie na jakość okazało się trafną decyzją.

Mimo zachwytów większości, część czytelników podnosi głosy krytyki. Sam zresztą dziwiłem się w recenzji niektórym tytułom. Nie uważa Pan, że „nawiedziciel” to ryzykowny neologizm? Albo Kolor z innego wszechświata – do dziś nurtuje mnie pytanie, czy może istnieć coś takiego jak inny wszechświat i czy przypadkiem nie jest to oksymoron. Zetknął się Pan osobiście z takimi opiniami o pańskim przekładzie?

„Nawiedziciel” to wcale nie neologizm, wręcz przeciwnie, archaizm. Można go znaleźć – i to bez trudu, w internecie – w słowniku Samuela Lindego z 1809 roku. Jest tam cytat ze starej pieśni kościelnej: „Racz przyjść duchu, stworzycielu, serc wiernych nawiedzicielu”. To wyraz nie tylko piękny, ale też idealnie oddający sens słowa haunter.

Tytuł Kolor z innego wszechświata moim zdaniem logicznie jest trafny, Lovecraft w swoich utworach nie był niewolniczo przywiązany do dogmatów nauk ścisłych, pozwalał wyobraźni pohasać i wielokrotnie pisał o rzeczach, bytach i sferach znajdujących się poza naszym kosmosem – a jeśli poza nim, to gdzie? Pewnie w innym kosmosie. Natomiast przyznaję ze smutkiem – słyszałem takie uwagi i zgadzam się z nimi – że jest on literacko brzydszy od Koloru z przestworzy; dziś pewnie zostawiłbym stary tytuł, ale trudno, stało się.

Z tłumaczonymi tytułami ogólnie jest tak, że często zakorzeniają się na tyle mocno w świadomości czytelników, że nie ma sensu ich zmieniać: nikt przy zdrowych zmysłach nie przełożyłby już Jądra ciemności Conrada jako „Serce mroku”, choć przecież oryginał to dopuszcza. Piękną książkę dla dzieci Kennetha Grahame’a przełożyłem jako O czym szumią wierzby, uszanowałem tytuł ze starego przekładu właśnie dlatego, że jest mocno okrzepły. Zmieniając zadomowione już tytuły, tłumacz wie, że wchodzi na grząski grunt. Czasem jest to konieczne – niektóre polskie tytuły Lovecrafta były okaleczone lub przeinaczone, np. Arthur Jermyn, Festyn czy Piekielna ilustracja. Tłumacz ma pewien zakres wolności, ale w każdym przypadku musi osobno wyważyć racje, zastanowić się, czy warto, czy nowy tytuł się przyjmie. Koszmar w Dunwich zmieniłem na Zgrozę…, bo bardzo lubię słowo „zgroza”, ma przyjemną patynę, natomiast „koszmar” kojarzy się ze snem, a w tym akurat utworze nie ma nic onirycznego, do tego używany w znaczeniu „okropność” na moje ucho brzmi zbyt współcześnie i potocznie.

Taki zawód. Ryzykowny.

To prawda, trudno wykorzenić pewne stemple językowe. Przypuszczam, że w drugim tomie fani będą mieli problem z tytułem Ku nieznanemu Kadath śniąca się wędrówka. Niemniej liczę, że jednak się przełamią, bo przecież jest to ścisły i zgrabny przekład oryginału, więc po co protestować? Wśród fanów Lovecrafta uporczywe przywiązanie do dawnych rozwiązań translatorskich widać zwłaszcza w przypadku słynnego dwuwiersza z poematu Abdula Alhazreda („Nie jest umarłym…” itd.), który przyjął się w apoetyckiej wersji Ryszardy Grzybowskiej i nie chce odpuścić.

Jeśli fanom nie spodoba się Ku nieznanemu Kadath śniąca się wędrówka, będą mieli do czynienia nie tylko ze mną, ale i z duchem samego Bolesława Leśmiana, mojego ulubionego poety – to pożyczka z jego wiersza W nicość śniąca się droga. Poprzedni tytuł był toporny i niedokładny, nie zawierał elementu oniryczności, który w tym utworze jest absolutnie kluczowy. Formuła „śniącej się wędrówki” idealnie oddaje i literę, i ducha tego utworu.

Dwuwiersza Alhazreda w starej wersji szczerze mówiąc zupełnie nie pamiętam. Tak czy owak czas pokaże, które rozwiązania się przyjmą i będą funkcjonować; mam nadzieję, że moje, ale zdaję sobie sprawę, że to już nie ode mnie zależy, wyroki czytelnicze zapadają czasem w sposób niepojęty.

Bardzo przypadła mi do gustu delikatna, bardzo zgrabna archaizacja warstwy słownej Pańskich przekładów Lovecrafta. Początkowo sądziłem, że to stylizacja wyjątkowo na potrzeby tego autora, potem jednak zauważyłem w posłowiu wyrazy takie jak „odstrychnąć” czy „pokuśliwy”. W Pańskim Skoruniu też nie brakuje odkurzonych, ale też zupełnie nowych słów. Rozumiem zatem, że jest Pan zwolennikiem zdroworozsądkowej elastyczności języka? Czy pisze Pan w ten sposób w zależności od potrzeby, czy też zupełnie bezwiednie i naturalnie?

zgroza_w_dunwichDziękuję. Gdy piszę posłowia do utworów archaicznych językowo – i archaizowanych przeze mnie w przekładzie – jadę tym archaicznym rozpędem, takie słowa nasuwają mi się same, ale zarazem jestem tego świadom i nie bronię się, bo powstaje wtedy przecież jakaś spójność. Swoją drogą tłumaczenie Lovecrafta wymagało przygotowań, przed podjęciem pracy nad oboma tomami przypominałem sobie pisarzy XIX-wiecznych, romantyków, Leśmiana, Brunona Schulza, czyli stylistów, z którymi łączy go absolutna perfekcja warsztatowa, ogromna wyobraźnia oraz twórcze, elastyczne podejście do języka. Chciałem – jak to określił mój przyjaciel – nasycić się kosmatymi słowami.

Ze Skoruniem niby było inaczej, bo sięgnąłem do innych rejestrów języka, ale ma Pan rację, on też jest chyba przejawem mojej ogólnej niesforności językowej. Nie lubię pisarstwa przezroczystego; może dlatego bardzo mało czytam literatury najnowszej, bo normą czy modą jest w niej styl uproszczony i neutralny. Nie mam określonego ideału pięknego stylu, styl może być oszczędny, ale lubię, gdy jest owocem świadomego zamysłu twórczego. A już najlepiej, gdy widać w nim autentyczną, niepodrabialną magię, gdy styl jest substancją kipiącą w jakimś alembiku. W literaturze polskiej takimi alchemikami stylu byli zwłaszcza Leśmian i Schulz, ale też Stanisław Lem, a na innym podwórku – bliższym Skorunia – jest nim Marian Pilot.

Wspomniał Pan tutaj, że Lovecraft był perfekcyjny warsztatowo, podobnie w wywiadzie telewizyjnym można było od Pana usłyszeć, że Lovecraft był doskonałym stylistą. Zdaje Pan sobie sprawę, że niemałe grono ma na ten temat zupełnie odmienne zdanie? Żeby nie było – ja się z Panem zgadzam, z czego jednak może wynikać taki rozdźwięk w odbiorze?

Hm, ale z czym tu się nie zgadzać? Styl Lovecrafta może nie trafiać w czyjś gust, nie każdy lubi długie zdania i sypane garściami przymiotniki, ale nikt rozsądny nie zaprzeczy, że ten facet umiał pisać. Przy całej swojej barokowości styl Lovecrafta jest niezwykle precyzyjny, elegancki, erudycyjny.

Ciężej strawna może być ogólna estetyka i atmosfera jego pisarstwa, przesadna, histeryczna, czasem niesmaczna… przejedzenie pulpą na pewno nie robiło Lovecraftowi dobrze. Nie każdy też uważa pisanie o potworach z mackami za rzecz poważną, ale wtedy przepraszam bardzo, tą samą miarą trzeba by ocenić pisanie o orkach, elfach i entach. Lovecraft jest pisarzem osobnym, budzi skrajne emocje – i bardzo dobrze: gdyby pisał subtelnie, mógłby podzielić los np. Arthura Machena, pisarza wspaniałego, a mocno zapomnianego.

Wydaje mi się, że ci, którzy tak nisko oceniają styl Lovecrafta, twierdząc, że nie używał świadomie języka, nie czytali jego listów. Mam wrażenie, że dopiero w nich demonstruje pełnię erudycji i maestrię we władaniu słowem, tematami, emocjami. Nie chciałby Pan kiedyś przełożyć większej książki z listami Lovecrafta?

Zgadzam się – ale przecież Pan świetnie przełożył listy Lovecrafta, nie ma więc powodu, bym wchodził Panu w paradę. Zresztą czy są szanse na wydanie większej porcji jego listów po polsku? Nie wydaje mi się – chyba że urabia Pan już jakiegoś wydawcę?

Ten pierwszy wybór listów był projektem czysto fanowskim, projektem zapaleńców planowanym od lat i chociaż wszyscy mocno się starali, żeby również komercyjnie coś z tego wyszło, to jednak ciężko o nim mówić w kategoriach sukcesu. Pozostał lekki zawód, więc na razie nie tykam tematu.

Może i fanowskim, ale wyszła ciekawa, wartościowa i porządnie wydana książka, to z całą pewnością jest sukces. O sukces komercyjny na polskim rynku książkowym jest diabelnie trudno, niestety.

Chociaż ktoś kiedyś sugerował mi, że listy R. E. Howarda i Lovecrafta mogłyby ludzi zaciekawić. Być może, a biorąc pod uwagę, ile w tych listach także pseudointelektualnego rasizmu, na pewno miałyby koniunkturalnie kuszący potencjał kontrowersyjności. Z drugiej strony: czy warto podawać polskim czytelnikom te teksty akurat teraz, gdy jeszcze nie opadły emocje związane z World Fantasy Award? Może ma Pan ochotę skomentować ten temat? Czy rasizm aż tak dominuje w dziełach Lovecrafta, żeby go cenzurować? Czy w ogóle cenzura jakiejkolwiek sztuki jest uzasadniona?

Trudna sprawa. Nie znam listów Lovecrafta na tyle, by zdecydowanym tonem wypowiadać się o nich pod tym kątem. Awantura z World Fantasy Award była kuriozalna, tak jak to, co znamy z naszego podwórka, czyli lustrowanie poetów, którym zdarzało się w latach 50. pisać socrealistyczne wierszydła. Twórców należy sądzić podług największych osiągnięć, a nie tych najwstydliwszych. Zwłaszcza że problemu nie widział np. S.T. Joshi – to przecież człowiek ciemnoskóry, a nie obraża się na Lovecrafta o głupoty, które tamtemu zdarzyło się wypisywać, umie wyważyć racje. Ja sam odczuwałem pewien dyskomfort, tłumacząc np. Zgrozę w Red Hook, a myślę, że takiej np. Ulicy chyba nie zdecydowałbym się przełożyć, bo to już tekst dość plugawy. Chyba że przygotowywałbym dzieła zebrane Lovecrafta – wtedy należałoby napisać solidny komentarz: nie usprawiedliwiać autora, tylko uczciwie wyjaśnić, że miał w swoich poglądach skazy, ale z różnych względów nie powinno go to skazywać na niesławę i zapomnienie.

Z listami jest większy problem, bo to jednak teksy pozbawione kostiumu literackości. W naszym kraju mamy niestety coraz poważniejszy problem z odradzającym się faszyzmem, więc wydanie listów o wymowie rasistowskiej, choćby opatrzonych stosownym komentarzem i posiadających walory uzasadniające ich publikację, byłoby jednak dostarczaniem zaplecza intelektualnego półgłówkom i psychopatom. Cenzurowanie poszczególnych listów byłoby pomysłem chybionym, może więc sprawę załatwiłby odpowiedni dobór tekstów. Ale wolałbym nie musieć podejmować takich decyzji.

Czy przygotowując się do tłumaczenia Lovecrafta, czytał Pan również wielbionych przez niego klasyków weird fiction, czy też może znał Pan ich już wcześniej? Jaki jest Pana stosunek do tej dziedziny i czy chętnie zgodziłby się Pan na pracę nad kolejnymi jej autorami, np. W. H. Hodgsonem czy A. Blackwoodem? Przyznam też, że ogromnie chciałbym przeczytać kiedyś Pana przekłady Dunsany’ego. Wydaje mi się, że językowo Płaza i Dunsany są dla siebie stworzeni.

Klasyczna literatura niesamowita jest moim konikiem od dziecka: Poego zacząłem czytać jako dziesięciolatek, Lovecrafta niewiele później. Nie czytam jej stale, ale często do niej wracam, zwłaszcza zimową porą – pomaga znieść nieprzyjazność i grozę ciemnych miesięcy. Na szczęście w PRL-u wydawano jej sporo: wspaniałe antologie PIW, „białą serię” Wydawnictwa Literackiego, Opowieści z dreszczykiem itd. Z obcych języków czytam tylko po angielsku, więc po przerobieniu tego, co wyszło po polsku, poszerzam teren głównie w literaturach anglojęzycznych. Cennym przewodnikiem była dla mnie, jak dla wielu czytelników, Nadprzyrodzona groza w literaturze Lovecrafta.

Dlaczego cenię niesamowitość w literaturze – wyjaśniam szerzej, choć nie wprost, w posłowiu do Przyszła na Sarnath zagłada. Mówiąc najogólniej: lubię, gdy jest w niej powaga myśli, metafizyczne szarpnięcie, gdy odsłania się w niej ciemna głębia człowieka i świata. Moi ulubieni autorzy to Poe, Lovecraft, Machen, Hodgson, Bierce, cenię też M.R. Jamesa, Bensona, Onionsa, Crawforda, Chambersa, Blackwooda, Sheridana Le Fanu, Waltera de la Mare’a, Grabińskiego… w sumie dość oczywiste nazwiska. Łączy tych autorów perfekcyjny warsztat i wyobraźnia, ta pierwsza piątka ma jeszcze w sobie tchnienie geniuszu, osobność, wizyjność, ten perwersyjny miłosno-nienawistny stosunek do rzeczywistości i zdziwienie nią, które nadają literaturze grozy głębię i moc; to prawdziwi szamani tego gatunku. Z tych samych powodów lubię też Meyrinka, E.T.A. Hoffmanna, francuskich dekadentów: Barbeya d’Aurevilly, Villiersa de l’Isle Adama. Niedawno po latach poruszył mnie Maupassant, pisarz obłędny, niestety także dosłownie, bezlitosny.

Oczywiście chętnie przełożyłbym autorów, których Pan wymienia, ale o ile się orientuję, kolejne książki np. Hodgsona, ale też Machena, są już w drodze – mam nadzieję, że zostaną dobrze przełożone, bo to nieprości autorzy. Największym moim marzeniem jest przełożyć The Hill of Dreams Machena, powieść przepiękną i wstrząsającą – i tu już otwarcie pozwalam sobie zakrzyknąć w głos do wydawców: jeśli ktoś chciałby ją wydać, rzucę wszystko, a przetłumaczę.

Dunsany’ego bardzo lubię, choć w zasadzie z literaturą fantasy mi nie po drodze. Lovecraft miał rację, to był wyjątkowy talent, doprawiony wielką inteligencją i subtelnym humorem, przez to jego twórczość wzlatuje ponad mury literatury fantastycznej, gdzieś w okolice metafizycznych paradoksów Borgesa czy filozoficznych bajek Lema. Jego największe dzieło, właściwie dziełko, to The Gods of Pegāna – jej lektura sprawia czystą radość. Drobną próbkę tej książeczki zamieściłem w posłowiu do Przyszła na Sarnath zagłada i muszę przyznać, że aż mnie zaświerzbiły palce, by kiedyś przełożyć ją całą. Zatem wydawcy, do dzieła!

Napisał Pan pracę doktorską o Lemie, którą w 2006 roku wydano jako O poznaniu w twórczości Stanisława Lema. Jak wyglądała Pańska droga od Lema do Lovecrafta? Pytanie wydaje mi się o tyle ciekawe, że Lem, jeśli dobrze pamiętam, wyrażał się niezbyt przychylnie o histeryczno-neurotycznych utworach Lovecrafta, mimo że, zdawałoby się, paradygmaty tej dwójki nie były aż tak rozbieżne.

o_poznaniu_w_tworczosci_lema_plazaLem był osobowością potężną i wpływową intelektualnie, a przy tym impulsywną, czasem ferował wyroki na podstawie powierzchownej znajomości tematu, a potem (rzadko, bo nie lubił przyznawać się do błędów) je odwoływał. Przypuszczam, że przeczytał w jakiejś antologii jedno-dwa opowiadania Lovecrafta, może któryś z wczesnych przekładów w „Przekroju”, i to mu wystarczyło. Jego posłowie do Opowieści starego antykwariusza M.R. Jamesa jest przezabawne, bo dokładnie połowę tekstu stanowi – nie wiedzieć czemu – paszkwil na Lovecrafta, i to tak namiętny, jakby Lovecraft osobiście go czymś obraził. To bardzo dla Lema charakterystyczne.

Ma Pan rację, oni w wielu kwestiach, i to fundamentalnych, byli podobni: obaj konsekwentni ateiści i materialiści filozoficzni, obaj erudyci, obaj zafascynowani naukami ścisłymi, z gruntowną wiedzą na temat astronomii i kosmologii, obaj mizantropi z kiepską opinią o naszym gatunku, zwłaszcza o jego etyce. Nawet najogólniejsza struktura ich pisarstwa jest podobna: w tekstach nieliterackich bardziej optymistyczni, cieszący się z najnowszych odkryć naukowych, krytyczni, ale konstruktywni – w literackich melancholijni wizjonerzy odzierający ludzkość ze złudzeń własnej wielkości. Podobna jest ich metafizyka: z jednej strony deklarowana niewiara, z drugiej przekonanie o istnieniu nieprzeniknionej głębi świata, podszyty lękiem domysł, że może w ciemnych otchłaniach kosmosu są jakieś potężne inteligencje, które bawią się nami, inteligencje niby materialne, ale funkcjonujące na poziomie, który z naszej perspektywy jest już boski…

No i ma Pan tu chyba też odpowiedź na to, jak od Lema przeszedłem do Lovecrafta: chyba po prostu należę do tego samego filozoficznego klubu. Moje posłowie do Zgrozy w Dunwich jest wbrew pozorom dość osobiste. Po latach uznałem, że jednak warto by też napisać coś wprost od siebie, zrodził się z tego Skoruń i zrodzą pewnie następne książki, ale chciałbym też kiedyś jeszcze napisać o paru autorach, którzy są mi bliscy na wielu poziomach, właśnie tak jak Lovecraft i Lem, np. J.G. Ballard – kolejny świetny stylista, wybitnie inteligentny człowiek, wizjoner i bezlitosny mizantrop.

Robi Pan przekłady, zajmuje się teorią literatury oraz sam pisze. I, jak widzę, nie dzieje się to liniowo: raz przekład, potem własna twórczość, potem znowu przekład, a gdzieś w dali plany na kolejne prace literaturoznawcze. Mam wrażenie, że to rzadkość – robić to wszystko naraz i robić to dobrze. A Panu się udaje. Jak Pan godzi te aspekty pracy z literaturą? W której z ról czuje się Pan najlepiej?

Akademickim literaturoznawstwem nie zajmuję się od dość dawna i niech mnie już Nyarlathotep przed tym broni. Jeśli chcę jeszcze pisać coś o literaturze, to przystępniej, w konwencji eseju – a najlepsza więź zadzierzga się wtedy, gdy pisze się posłowie czy wstęp do samodzielnie tłumaczonej książki. Tkwi się wtedy w samym mózgu pisarza, jest to też najsensowniejsze z tego względu, że razem ze swoim tekstem wręcza się czytelnikowi utwór źródłowy. Cóż z tego, że napisałbym eseik o Machenie – a chciałbym – skoro on jest prawie nieznany w Polsce, kto by chciał to czytać i po co?

Wszystkie te dziedziny, o których Pan mówi, wiele łączy, ale też każda ma w sobie coś niepowtarzalnego. Można je pogodzić, jeśli tylko starcza czasu; nawet bardzo mi dobrze z tym, że moja pierwsza własna książeczka Skoruń jest kompletnie różna od tego, co do tej pory podpisywałem swoim nazwiskiem… wiem, że wiele osób bardzo zaskoczyła. Tłumaczeniem zajmuję się zawodowo, co także oznacza, że często robię to, na co akurat mam zlecenie, a nie ochotę. A polecanie wydawcom autorów, których można by przełożyć i wydać, to trud ciężki i zwykle daremny. Nie mogę jednak narzekać, i tak przełożyłem sporo rzeczy, które lubię i sprawiły mi mnóstwo przyjemności.

Pisanie własnych książek to twórczość najbardziej angażująca emocjonalnie, na wielu poziomach: stwarzanie własnego świata to doświadczenie niepowtarzalne, bycie autorem przynosi też potencjalnie największe profity w dziedzinie, że tak powiem, prestiżowo-próżnościowej – a jak komuś się powiedzie, to i finansowej – ale i największe ryzyko. Myślę, że wielu literaturoznawców, krytyków, tłumaczy, to ludzie, którzy z różnych przyczyn zatrzymali się o krok przed progiem, za którym jest ta przestrzeń upojnej i groźnej wolności. Nie mówię tego drwiąco czy protekcjonalnie, działają tu skomplikowane mechanizmy psychiczne. Ja sam mam wrażenie, że gdyby nie doktorat i tłumaczenia, mógłbym zostać pisarzem wcześniej – ale czy lepszym? Nie wiadomo. Tak czy owak teraz najbardziej chciałbym skupić się na paru pomysłach na własne książki, które tłuką mi się po głowie już od kilku lat. Ale na pewno nie przestanę tłumaczyć.

W posłowiu do Zgrozy w Dunwich pisze Pan o czasach Lovecrafta jako epoce „bezwarunkowego, bezcelowego i niemoralnego” postępu. Może to zaledwie typowe dla posłowi bratanie się z autorem, patrząc jednak na powrót do pierwotności w Skoruniu, można by się zastanawiać, czy także Pan w pewien sposób nie jest biernie obrażony na nieokiełznany rozwój technologiczny, który przesłania naturalność i pierwotność, zabija szacunek do tej cząstki świata, której żaden postęp nie okiełzna i żadna wiedza nie objaśni. Czy podobne uczucia pokierowały Pana do napisania Skorunia? A może to była po prostu nostalgia analogiczna do tej, której sedno objawiło się Randolphowi Carterowi po wizycie na Kadath?

Splata się tu kilka różnych spraw. Te mocne słowa są jakby mową pozornie zależną, wypowiedziałem je trochę w imieniu Lovecrafta. Ale postęp przecież taki jest. Nie obrażam się na postęp technologiczny w najogólniejszym wymiarze: po pierwsze, sielska, pierwotna naturalność człowieka to mit; po drugie, jestem dzieckiem przełomu XX i XXI wieku i nie tęsknię za czasami, gdy lekarze nie wiedzieli, że należy myć ręce przed operacją, podróż przez Europę trwała kilka tygodni, a w kopalniach pracowały 10-letnie dzieci – nie tęsknię nie dlatego, bym uważał czasy współczesne za jednoznacznie lepsze, przeciwnie, dlatego że nie ma takiego układu odniesienia, w którym można by tę lepszość czy gorszość jednoznacznie i całościowo rozstrzygnąć.

Postęp jednak ma to do siebie, że ma swoją niewstrzymaną dynamikę, właśnie bezwarunkową, bo niezależną od woli jednostek, pojedynczych instytucji, rządów. Jest też bezcelowy, w dosłownym sensie, tzn. nie ma założonych ogólnych celów – i w tym tkwi jego wielki szkopuł, bo na dzisiejszym poziomie rozwoju cywilizacyjnego, gdy efekty postępu od dawna już mają zasięg globalny, należałoby go w skali całej planety ukierunkować, np. ograniczyć rabunkową eksploatację środowiska naturalnego, a tym, którzy powinni i mogliby to zainicjować, na tym nie zależy. Jest też niemoralny, bo ci, którzy są jego motorem, czyli uczeni i placówki naukowe, mają skłonność do umywania rąk od odpowiedzialności etycznej, a ci, którzy kupują efekty ich prac, czyli wielki biznes, mają mniej więcej taką samą moralność jak kartele narkotykowe. W dodatku jest zdziecinniały, bo ogromna część wysiłków, funduszy, surowców i ludzkiej pracy służy produkcji zabawek, takich jak luksusowe samochody, telefony komórkowe z zylionem pikseli czy gry wideo, przez niektórych uważane, o zgrozo, za gałąź kultury. Postęp jest też zbyt szybki, przecież już od dawna nie nadąża za nim ludzka obyczajowość, etyka, prawo. Nie jestem luddystą ani nie wdziewam szat kaznodziejskich, po prostu uważam, że specyfika postępu w naszej epoce – nie jego istota, tylko właśnie specyfika: tempo, dynamika, brak celów itd. – rozchodzi się mocno z tym, co rozumiemy jako człowieczeństwo.

Skoruń, owszem, zrodził się z nostalgii za dzieciństwem, także za jego, że tak powiem, surowością techniczną – dorastałem w latach 80., czyli z dzisiejszego punktu widzenia w epoce kamienia łupanego. Ale jest tam przecież postać ojca, który jest właśnie błędnym rycerzem postępu, demiurgiem tworzącym z tego, co było pod ręką w siermiężnych latach PRL-u, czyli prawie z niczego. Skoruń jest tym jego konstruktorstwem zafascynowany. Tak, ta sprawa ma bardziej prywatny wymiar. Tłumacząc finał Ku nieznanemu Kadath śniącej się wędrówki trochę się wzruszyłem, bo jego wymowa i atmosfera rzeczywiście są mi bliskie. Rozmowa Cartera z Nyarlathotepem i jego przebudzenie po powrocie z Kadath to może najpiękniejsze – a na pewno najjaśniejsze, najczystsze – objawienie świętości w pisarstwie Lovecrafta. To świętość doczesna, prywatna i nietrwała: Carter po prostu odkrywa, kim jest, gdzie jest jego miejsce, osiąga pełną tożsamość zarówno z samym sobą, jak tym, co go zrodziło i wciąż go zawiera: ziemią rodzinną, matecznikiem, prywatnym mikroświatem. Przewrotne i piękne jest to, że drogę do niej podpowiada mu rozmówca o rysach bajronicznego Szatana. Szukaj w sobie – mówi – od bogów trzymaj się z daleka, nic dobrego ci nie dadzą. No właśnie.

Muszę powiedzieć, że opis powodzi z Pana książki zrobił na mnie gigantyczne wrażenie. Jest poetycki, pełen rozmachu i grozy. Przeżył Pan coś podobnego? A pozostałe fabuły? Zawierają coś z prawdy historycznej?

skorunWidziałem powodzie i ich skutki w Sandomierzu, który występuje w Skoruniu przebrany za Wierzbiniec. Nigdy jednak – na szczęście – nie byłem w samym ich środku, oparłem się na relacjach i opisach świadków. W Skoruniu znalazłaby się garść historii autentycznych, zasłyszanych, mniej lub bardziej przez mnie poprzerabianych, posklejanych ze sobą, jak to w literaturze. Ale żaden z rozdziałów nie opowiada stuprocentowej prawdy, postać Skorunia nie jest też mną, nie jest to autobiografia ani zapiski z dziejów moich rodzinnych stron. Np. między sandomierską skarpą a Wisłą rzeczywiście istniała wioska i faktycznie nagle przestała istnieć w latach 60., ale nie zniszczyła jej powódź – została zlikwidowana podczas prac górniczych mających ratować osuwające się staromiejskie wzgórze. Fakty są dobrym, plastycznym materiałem dla fikcji.

Bardzo ciekawi mnie w Skoruniu postać ojca. Z jednej strony zachowuje się dość prozaicznie: kłóci z bratem, ruga syna, zajmuje gospodarką. Z drugiej jest bardzo skomplikowanym charakterem. Czuje się więźniem świata (Stary), skrywa tajemnice na temat swojego życiorysu (Bracia), popada w osobliwe humory (Skoruń) i w zasadzie po zakończeniu książki mamy wrażenie, że poznaliśmy tylko drobny ułamek jego nietuzinkowej osoby. Gdy zastanowić się dłużej, większość bohaterów – jeśli nie wszyscy – Pańskiej książki mają takie dwie strony. Tytułowy skoruń, matka chłopaka, Siekierska, Hubert… Czy zakładał Pan przed rozpoczęciem pisania tę niedookreśloność postaci? A fabuły? Wszak też kilkakrotnie urywają się bez odpowiedzi.

Poszczególni ludzie, osoby, także ci blisko nas, są największą tajemnicą świata. Skoruń to trochę Bildungsroman na opak: chłopak dorasta, poznaje ludzi i siebie, ale wiedza, którą zdobywa, jest właściwie wiedzą o ludzkiej nieprzeniknioności. To gorzka wiedza, pożegnałem go więc w chwili, gdy jeszcze nie czuje tej goryczy, gdy w obliczu świata i ludzi jest jeszcze zdolny do czegoś, na co w języku polskim brakuje słowa, a w angielsku nazywa się awe: zdumienia, zachwytu i bojaźni. Do tej wiedzy, która dla młodych uszu brzmi banalnie, powoli się dorasta, może więc nie mógłbym tej książeczki napisać wcześniej. Uznanie tajemnicy człowieka w pewnej mierze pozbawia nas prawa do oceny – dlatego nie oceniam moich bohaterów, zależało mi, by każdy z nich miał swoją godność.

Uzmysławianie niepoznawalności świata uważam za jedno z ważniejszych powołań literatury, może najważniejsze. Pewnie dlatego lubię też literaturę niesamowitą, bo ona w całości jest właśnie o tym. Ojciec to dobra figura takiej górującej nad nami tajemnicy: więź z ojcem, jak podpowiada Skoruniowi marynarz, jest mniej organiczna niż z matką, ojciec poniekąd jest – i zawsze był – kimś odrębnym, na zewnątrz nas, a zarazem przecież jesteśmy z niego, jesteśmy nim. Jesteśmy wciągnięci w tę grę, w rozwikływanie szyfru, zarazem nieznośnego i fascynującego, zwłaszcza jeśli ojciec jest milczący, skryty, a nam brakuje śmiałości, by tę skrytość rozbroić.

To samo tyczy fabuł. W życiu jest mnóstwo sytuacji niepojętych, niedających się rozwikłać, choć są one czasami okropnie trywialne. Pozostawienie fabuły bez jednoznacznego rozwiązania to taki egzystencjalny eksperyment: czujemy, że bezpowrotnie straciliśmy coś z oczu, coś się przed nami zakryło; gdyby naiwny czytelnik spytał mnie, co się stało z Hubertem, powiedziałbym najszczerzej w świecie: nie mam pojęcia. Uciekł mi. Jak bohaterowie cudownego opowiadania Machena – największego piewcy dziwności i tajemniczości życia – A Fragment of Life: z początku zwyczajni i oczywiści, stopniowo dostrzegają, że świat wokół nich jakoś dziwacznieje, ciemnieje, odsłania jakieś znaki, ale niezrozumiałe, aż doznają olśnienia – za długo by mówić, jakiego – i podejmują pewne decyzje, wyjeżdżają, aż narrator, niby wszechwiedzący, traci ich z oczu; żeby odkryć, dokąd poszli, trzeba by wejść w tę samą ciemność co oni. Jak Randolph Carter, który odnalazł srebrny klucz i bramę do niego.

Niektóre opowiadania w Skoruniu, np. Hubert, kończą się jakby odjazdem kamery w bok: scena pozostaje pełna napięcia, ale operator obrócił się w inną stronę i nie wiemy, czy to, co pojawiło się na ekranie, jest ważne, symboliczne, czy może nie znaczy nic, czy jest odwróceniem uwagi – ale od czego? Też nie wiemy. Takie ujęcia zdarzają się w filmach Michelangela Antonioniego, np. w Przygodzie, Nocy, Zaćmieniu, Zawodzie: reporter. Uwielbiam je za tę ich skrytość – neurotyczną, a zarazem pełną swoistej godności.

Idąc za ciosem tego, co Pan powiedział, zaryzykuję pytanie-manifest, na które w zasadzie już udzielił Pan częściowej odpowiedzi, ale chciałbym przypieczętować tę kwestię. Skoruń ma w sobie pewien rdzeń metafizyczny, dostrzegalny tylko przez wrażliwców zdumiewających się światem – czyli typowych kandydatów na pisarzy i czytelników weird. Wszyscy mówią w kontekście Pańskiej książki o etosie wsi, nurcie chłopskim, hołdach Myśliwskiemu i Nowakowi, biorą Pana na warsztat bardzo socjologicznie. Oczywiście nie kwestionuję tego podejścia, ja jednak podkreślałbym raczej element światopoznawczy, inicjacyjny tej książki. Tytułowy chłopiec jest inicjowany do świata, w świat, do tego w środowisku bardziej pierwotnym niż miejskie, bardziej archetypicznym, gdzie łatwiej się zauważa rzeczy absolutne – a mimo to nadal ten świat pozostaje dla niego obcy. Ojciec ma tajemnice, których nie chce zdradzić; rzeka – mimo że znana – pokazuje skoruniowi nieznane oblicze podczas powodzi; matka buduje nad głową chłopca niepojęty świat wypełniony przez świętych i obcego mu Boga… Pańskie metafory tylko podkreślają poetyckie zdumienie tym światem – naszym własnym, a jednak obcym, zaskakującym. To religijne wręcz zdumienie rzeczywistością to przecież podstawowy element opowieści niesamowitej. Z rzeczy dobrze znanych doskonale ilustrują to o czym mówię światy Schulza czy Kafki – i dla wielu z wielbicieli weird fiction są to autorzy piszący w tym gatunku, mimo że „zawłaszczeni” przez główny nurt. Czy w tym momencie trafiam kulą w płot, czy faktycznie Skoruń został intencjonalnie zbudowany na metafizycznym szkielecie?

Fantastyczność czy niesamowitość w literaturze to bardziej kwestia konwencji, schematów fabularnych, całego zbioru cech, niż samej ontologii świata przedstawionego. Konwencje literackie są ze sobą powiązane jak gry językowe w ujęciu Wittgensteina z Dociekań filozoficznych, na zasadzie podobieństw rodzinnych, czyli siatki mniejszych i większych cech wspólnych. Ileś tam cech występujących łącznie pozwala przyporządkować utwór do science fiction, ileś do fantasy, ileś do fantastyki grozy, ale są też przypadki, gdy tych cech jest niewiele i utwór jako całość „ciąży” w inną stronę. Schulz i Kafka są pisarzami na tyle osobnymi, że przyporządkowanie ich do literatury fantastycznej uważam za uproszczenie, bo cech fantastyki czy niesamowitości nie ma u nich aż tyle, by zaistniało „podobieństwo rodzinne” z typowymi przykładami tych gatunków.

Ale nie przeczę, że takie zbieżności istnieją, podobnie jak między literaturą grozy a Skoruniem, delikatne, ale ważkie. Pewnie trzeba było takiego czytelnika jak Pan, zanurzonego w literaturze niesamowitej, by je wychwycić. Nawiasem mówiąc szkoda, że rozmawiamy przed premierą Przyszła na Sarnath zagłada, bo tam w posłowiu potraktowałem Lovecrafta mocno religioznawczo.

Na przeżycie religijne patrzę jak na specyficzną, graniczną postać doświadczenia egzystencjalnego – metafizyczne zdumienie światem łączące w sobie bojaźń i zachwyt. Mój Skoruń jest pełen dość szczególnej niby-religijności: wychowany w dewocyjnej atmosferze polskiej prowincji, powtarza te swoje niby-modlitwy, ale chyba raczej tylko jako językowe zaklęcia – a zarazem jest wyczulony na niepoznawalność świata, uczy się jej. Chciałbym wierzyć, że wypracuje sobie własną, głęboką więź ze światem i indywidualny stosunek do jego tajemnicy, że wyrośnie na mądrego agnostyka, albo choćby i mistyka, ale że nie da sobie nic narzucić, że nie uwierzy, że – jak powiedziałby Lem – z informacji niepełnej można wyprowadzić pełną, że człowiek ze swoich intuicji, rozpaczy i nadziei może zbudować system bez reszty tłumaczący świat. Religie są konstruktami kulturowymi, w ich wnętrzu tkwi jednak autentyczne przeżycie. Ateizm go nie tłumi, ateizm wydaje mi się bardziej decyzją etyczną niż postawą poznawczą. Dlatego pisarze ateiści, jak Lovecraft, bywają zarazem głęboko religijni – nie jest to wcale paradoks.

Czy Skorunia ulepiłem w ten sposób intencjonalnie? Pewnie po trosze intencjonalnie, a po trosze instynktownie, tak jak zwykle tworzy się literaturę. Mocno wsłuchałem się w siebie, ale nie napisałem o sobie wprost; po trosze siedzi we mnie każdy z trójki tych wioskowych filozofów: Skoruń, ojciec i matka. A pośrodku tego trójkąta siedzi ciemny świat. Siedzi i milczy.