Czarny Bóg – recenzja

9 kwietnia 2015 | Aktualności, Czarny bóg, Patronat, Recenzje | 0 comments | Autor:

wronski_czarny_bog

Wydawca: Novae Res

Format: 130x210mm, oprawa miękka

Liczba stron: 432

ISBN: 978-83-7942-578-5

Smołdzino w pierwszych latach po wojnie. Niewielka miejscowość leżąca u stóp Rewekolu – złowieszczego wzgórza, wokół którego narosło wiele ponurych legend.

Na tych terenach mieszkają Polacy, Słowińcy, Niemcy i Ukraińcy. Czy trudna historia tych narodów pozwoli im koegzystować w spokoju? Czy może czai się tam coś starszego i straszniejszego niż urazy z ostatniej wojny?

Kiedy porucznik MO Adam Keller przybędzie do wsi, będzie musiał borykać się nie tylko z ludzką nienawiścią, ale również z czymś nienazwanym. Czymś tak irracjonalnym, że nikt o tym nie wspomina w obawie, by nie wyjść na szaleńca…

Przyznam otwarcie, że kiedy w moje ręce trafiła debiutancka powieść Krzysztofa Wrońskiego zatytułowana Czarny Bóg nie wiedziałem czego się spodziewać.  O autorze nie słyszałem zupełnie nic, a Internet, co w sumie dość zaskakujące w dzisiejszych czasach, niewiele mi pomógł. O książce zaś oprócz tego co zdradził mi krótki opis z okładki wiedziałem tylko tyle, że według słów wydawcy Wroński kreuje powieść odwołującą się do klasycznej definicji weird fiction stworzonej przez Lovecrafta. Przy czym akurat ta informacja wzbudziła we mnie lekką nieufność. Wiemy przecież aż za dobrze jak często przy okazji opisu różnych dzieł przywołuje się Samotnika z Providence jako swoiste słowo klucz. Paradoksalnie słowo, którego znaczenie zaczyna się jednak w moim odczuciu dość mocno rozmywać. Ale pomijając nawet tego rodzaju dylematy, pomyślcie czy to możliwe? Powieść weird fiction, spod ręki debiutanta, w Polsce A.D. 2015?

Zanim jednak przejdziemy dalej, krótko o fabule. Wydarzenia rozgrywają się dwa lata po zakończeniu drugiej wojny światowej, w niewielkiej miejscowości Smołdziono położonej na Ziemiach Odzyskanych, u stóp owianego złą sławą wzgórza Rewekol. Do tej zagubionej w lasach wsi zostaje skierowany na placówkę porucznik MO Adam Keller, któremu stanowisko przypadło po tym jak jego poprzednik został zamordowany w dość podejrzanych i niejasnych okolicznościach. Keller próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości, co nie jest łatwe, choćby ze względu na obecny tam kulturowy tygiel złożony z Polaków, Niemców, Słowińców i Ukraińców. Ale stopniowo okazuje się, że narodowościowe niesnaski to najmniejszy z problemów Smołdzina, a Kellerowi przyjdzie się zmierzyć z czymś, co wystawi jego racjonalny umysł na próbę.

Powiem od razu, że spodobało mi się umiejscowienie akcji, i to zarówno w czasie, jak i przestrzeni. Byłem bardzo ciekaw, czy autor wykorzysta możliwości, jakie sam sobie stworzył i w moim odczuciu wyszło to bardzo interesująco. Same lokalizacje, Smołdzino, pobliskie Kluki i górujący nad nimi Rewekol (obecnie Rowokół) stanowią barwne i klimatyczne tło. To miejsca z historią. Stare kościoły, rozpadające się chaty, tajemnicze pozostałości na wzgórzu. Całość zatem nieźle się nadaje na opowieść niesamowitą. Ale Wroński nie poszedł na skróty i solidnie się przygotował, tak aby otoczenie wykorzystać do maksimum. Zaskoczyło mnie jak wiele informacji (aż boję się szperać głębiej ile), które znajdziemy w książce, miejsc, nazwisk, legend jest zgodnych z faktami. A to wszystko buduje naprawdę solidną i systematycznie zagęszczającą się atmosferę.

Wiadomym jest, że atmosfera w weird fiction to jedna z kwestii kluczowych. Ale bez interesującej opowieści nie da się w mojej ocenie tylko na klimacie zbudować ponadczterystustronicowej książki. Na szczęście Wroński także na tym polu nieźle sobie poradził, tworząc miks powieści kryminalno-obyczajowej z elementami grozy. Już w prologu mamy co prawda wyraźnie zasygnalizowany element niesamowity, ale przez znaczną część powieści pozostaje on w tle, budując klimat i narastające poczucie zagrożenia. To, co dostajemy na pierwszym planie, to swoisty kryminał, do tego z niemałym nagromadzeniem wątków, które stopniowo zaczynają się łączyć i przeplatać. Czego tu nie ma. Pogoń za podobno nadal działającymi na tych terenach niedobitkami Werewolfu, czyli hitlerowskiej partyzantki. Działające w pobliskich Klukach zbrojne bandy terroryzujące miejscowych. Niesnaski wynikające z wielokulturowości. No i oczywiście prywatne śledztwo Kellera w sprawie tajemniczego zgonu jego poprzednika. Śledztwo, które prowadzi go coraz głębiej w mroczną i tajemniczą przeszłość Smołdzina.

Wątków jest mnóstwo i mam pewne wątpliwości, czy Wrońskiemu udało się je połączyć w zgrabną całość. Teoretycznie wszystko rozwija się dość konsekwentnie, a w końcowych partiach w zasadzie wszystkie istotne elementy znajdują swój finał. Ale szczególnie początek powieści czytało mi się dość ciężko. Miałem wrażenie, że fabuła nie rozwija się płynnie tylko „skokami”, od wydarzenia do wydarzenia. Mało tego, w pewnym momencie (wizyta Kellera w posiadłości hrabiostwa) miałem poczucie jakby cały fragment był przeniesiony z dalszej części powieści tylko po to, aby podkręcić od początku atmosferę niesamowitości. Bo jak wytłumaczyć fakt, że ten element wraca w zasadzie dopiero w finale, mimo że z przebiegu wydarzeń wynikałoby coś zupełnie innego? Ale nie zapominajmy, że to powieść debiutanta i pewne niedoskonałości nie powinny dziwić. Na szczęście im dalej, tym lepiej. Atmosfera się zagęszcza, sieć powiązań pomiędzy poszczególnymi wątkami staje się coraz mocniejsza, a całość nabiera tempa i płynności.

Do tego Wroński kapitalnie wykorzystał czas akcji. Kształtująca się na Ziemiach Odzyskanych Polska Ludowa to miejsce fascynujące i przerażające. Obserwujemy wypieranie miejscowych, między innymi Niemców, przez ludność napływową ze wschodu i wszelkie konsekwencje z tym związane. Ta możliwość wglądu w nasz polski Dziki Zachód bardzo do mnie trafiła. Do tego główne postaci to milicjanci, członkowie UB i służb specjalnych, których jednym z zadań jest umacnianie rodzącej się Władzy. W każdy możliwy sposób. Powiem szczerze, że ten element jest równie ciekawy i stanowi dodatkowe, czasem bardzo silne źródło grozy w powieści.

Wspomniałem o bohaterach i to kolejny mocny element. Wroński ma bowiem rękę do pisania ciekawych i barwnych postaci. Choć głównym filarem opowieści jest Adam Keller, to dane nam będzie się zapoznać z całą plejadą różnych osobistości. Niemal każda z nich ma jakieś swoje cechy charakterystyczne, coś, co zapada w pamięć, coś, co ją wyróżnia. Mało tego, jak wspomniałem Czarny Bóg to powieść, którą czyta się niemal jak kryminał, a udało się autorowi uniknąć typowych klisz, co widać wyraźnie choćby na przykładzie głównego bohatera. Choć Keller to były wojskowy, to fakt wojennej przeszłości nie determinuje całości jego charakteru i nie dostajemy kolejnego detektywa z traumatyczną przeszłością, ale postać z krwi i kości.

Kryminał, powieść obyczajowa? Czy znajdzie się w tym w ogóle weird fiction? W moim odczuciu zdecydowanie tak. Widać wyraźnie, że Wroński miał konkretny pomysł na swą powieść i ten swoisty miks gatunkowy to celowe działanie z jego strony. Fanów czystego horroru na pewno takie podejście może rozczarować, ale weird fiction to w końcu nie tylko groza. To pewna atmosfera, klimat niedopowiedzenia, element metafizyczny. I to wszystko w powieści znajdziecie, a sam finał nie pozostawia złudzeń, z czym mamy do czynienia. Choć przyznam, że będąc po lekturze, nadal nie wiem co sądzić o zakończeniu. Wypada ono intrygująco. Ta moja niepewność wynika z faktu, że choć wszystkie wątki kryminalno-obyczajowe, nawet jeżeli może czasem nazbyt pośpiesznie, są nieźle podomykane, to element niesamowity pozostaje bardzo mocno niedookreślony. Niektóre motywy (znaki, jakie są w pewnym momencie wydrapywane, że tak enigmatycznie powiem) w ogóle się nie wyjaśniają, inne pozostawiają zaś spore pole do interpretacji. Takie zakończenie mogłoby razić, ale w moim odczuciu stanowi dość konsekwentne w klimacie zwieńczenie całości.

Mówiąc o Czarnym Bogu nie mogę nie wspomnieć jeszcze o dwóch bardzo ciekawych elementach związanych z powieścią. Po pierwsze, bardzo dobra i klimatyczna grafika zdobiąca okładkę książki to dzieło samego Wrońskiego.  Po drugie, co jeszcze ciekawsze, powieść doczeka się ścieżki dźwiękowej. Krzysztof Wroński jest bowiem także muzykiem i w ramach swojego projektu Trans-Syberia pracuje obecnie nad utworami ilustrującymi książkę. Póki co dostępne są tylko dwa fragmenty, ale w moim odczuciu kapitalnie pasują do tej opowieści. I choć wiem, że takie inicjatywy nie są zupełnym novum na rynku wydawniczym, to z pewnością są godne odnotowania.

Rozpisałem się wyjątkowo, a i tak mam poczucie, że nie wyczerpałem tematu. Ale Czarny Bóg to powieść, o której można powiedzieć dużo. Nietypowe to dzieło na naszym rynku, ale umówmy się: takiego miksu gatunkowego ja w zasadzie chyba sobie nie przypominam. I choć nie jest to powieść bez skazy, momentami coś mi w niej zgrzytało i nadal nie wiem, co sądzić o zakończeniu, to zdecydowanie zasługuje na uwagę. A z racji na różnorodność elementów w niej zawartych myślę, że może się spodobać zarówno miłośnikom weird fiction (choć na koniec wyraźnie zaznaczę, że to weird skrajnie inne od rewelacyjnego debiutu Wojciecha Guni), jak i czytelnikom poszukującym nieco innego podejścia do powieści kryminalno-obyczajowej, tak popularnej w ostatnich latach. Warto samemu sprawdzić. Ja nie żałuję czasu spędzonego z lekturą, a kompleksowość projektu spowodowała, że z pewnością będę obserwował co w przyszłości nam Krzysztof Wroński zaserwuje.

Michał Rakowicz