„New Yorker” o Guillermo del Toro

7 lutego 2011 | Artykuły, Film, W górach szaleństwa | 0 comments | Autor:

Kilka dni temu w „The New Yorker” ukazał się artykuł Daniela Zalewskiego na temat osoby Guillermo del Toro, którego poczynania fani H. P. Lovecrafta ostatnio obserwują najuważniej – to on ma nakręcić długo oczekiwany film W górach szaleństwa na podstawie krótkiej powieści pisarza. Zalewski przez pewien czas odwiedzał del Toro w jego domu, Bleak House, i pytał o różne projekty, w tym o oczekiwany przez fanów HPL-a film.

Poniżej prezentujemy przełożone na polski najciekawsze dla wielbicieli Lovecrafta  fragmenty artykułu Zalewskiego (który w całości dostępny jest pod tym linkiem):

„(…) Film, który del Toro chciałby zrealizować w najbliższym czasie najbardziej, to adaptacja krótkiej powieści H. P. Lovecrafta pt. W górach szaleństwa, w której badacze Antarktydy odkrywają w zamarzniętym, obróconym w ruinę mieście wrogo nastawione obce istoty. Niektóre stwory dziko mutują, co pozwoli del Toro stworzyć tuziny wyjątkowych wcieleń. Przyznał: „Jeśli się za to zabiorę, potwory te będą tak bardzo przerażające.” (…)

Sukces Labiryntu Fauna miał już pięć lat. Del Toro potrzebował dobrego projektu, aby dokonać wielkiego powrotu. W Wellington nie był w stanie nakręcić próbki uwiarygodniającej opłacalność Frankensteina. Teraz jednak myślał o podjęciu jeszcze większego ryzyka i zrealizowaniu adaptacji Lovecraftowego W górach szaleństwa – jego „syzyfowego projektu”. Szkice do tej adaptacji zaczął robić już w 1993 roku, a scenariusz ukończył w 1998. Projekt jednak zdawał się nie do zrealizowania: efekty cyfrowe nie były na tyle zaawansowane, by tworzyć istoty zmieniające kształt dużo gwałtowniej niż Transformery. Lecz podczas pobytu Toro w Wellington na ekrany kin wszedł Avatar, a jego przełomowe efekty specjalne uczyniły Góry czymś bardziej realnym. Co najważniejsze, James Cameron, przyjaciel del Toro, zgodził się produkować Góry, dzieląc się swoim doświadczeniem w projektowaniu dziwnych światów. I tym razem del Toro nie podchodził już tak nieufnie do tworzenia cyfrowych potworów. W Weta [Workshop – studio zajmujące się projektami fantastycznych obiektów – przyp. tłum.] eksperymentował z „wirtualną kamerą”, która umożliwia podtrzymanie poczucia fizyczności podczas filmowania wygenerowanego komputerowo stwora. „Oni aranżują animację, ty łapiesz za kamerę i możesz zmieniać kąty w tym wirtualnym środowisku”, mówił. „Pewnego dnia po zakończeniu zabawy z wirtualną kamerą na scenie filmowej, cały ociekałem potem. Ta kamera będzie bardzo pomocna przy Górach.”

Film nie będzie jednak łatwy do sprzedaży. Del Toro obmyślił Góry jako epicką historię dla dorosłych, nakręconą w 3D, z budżetem blockbustera. Stworzenie dziesiątek zmieniających kształty stworów będzie kosztowne, a film musi być nakręcony w miejscu choć w przybliżeniu przypominającym Antarktydę; jednym z najbardziej niepokojących elementów powieści Lovecrafta jest to, że odkrywcy ścigani są przez potwory na olbrzymim, zamarzniętym pustkowiu, a del Toro chciał stworzyć pierwszy horror na skalę dzieł Davida Leana [reżyser takich epickich filmów jak Most na rzece Kwai czy Doktor Żywago z 1965 roku – przyp. tłum.].”

Ale od lat nie nakręcono żadnego zarabiającego horroru. Po wysokobudżetowych produkcjach, takich jak Obcy i Lśnienie, nadeszły dekady tańszych dreszczowców. „Naturalną wadą horroru jako gatunku jest to, że w 99% to zakazany gatunek”, mówił del Toro. „Żyje i oddycha (Teksańska masakra piłą mechaniczną, pierwsza Piła, Blair Witch Project) w mrocznych, niewielkich zakątkach, które naprawdę straszą. Rzadko kiedy rozkwita w nich piękna orchidea.” Wspomniał Ptaki Hitchcocka: „Był to wielki twórca filmowy, wykorzystujący najnowsze krzyki techniki optycznej oraz efekty specjalne. To był film wysokobudżetowy. Edith Head projektowała kostiumy – był ze wszech miar luksusowy. I przyjemnie się go oglądało właśnie dlatego, że miał wszelkie aspekty filmu artystycznego.”

Del Toro twierdzi, że niemal wszystkie jego poprzednie filmy charakteryzowały się „sympatyzowaniem z potworami”. W przypadku Gór, jak zapewnia, będzie przerażał widownię ich wrogością. Najpierw jednak będzie musiał przekonać decydentów Universalu, że pozwalając mu stworzyć wypełniony stworami świat, nie okażą się lekkomyślni – że raczej zlecają pewną wariację na temat Avatara, najbardziej dochodowego filmu w historii. „Wytwórnie filmowe patrzą wstecz”, mówił del Toro. „Twórcy filmowi patrzą do przodu.”

Dla kogoś posiadającego tysiące komiksów, W górach szaleństwa stanowi centralny punkt amerykańskiego kanonu, coś jak Moby Dick. H. P. Lovecraft, który urodził się w 1890 roku i zmarł w 1937, pisał mocno powiązane  ze sobą opowiadania, przesiąknięte „kosmiczną grozą”. W kilku tekstach pojawia się wielka, mackowata obca istota imieniem Cthulhu. Lovecraft wspomina Cthulhu kilka razy w Górach, a del Toro, pisząc scenariusz, obmyślił sposób na wprowadzenie tej ikonicznej bestii w zakończenie. („Jego błoniaste skrzydła rozpostarte, wypełniające horyzont, jego odrażająca głowa zarysowana na chmurach na tle światła błyskawicy!”) Del Toro byłby w stanie stworzyć totemicznego boga.

Chociaż dzieła Lovecrafta nie zyskały uznania za jego życia, współcześni pisarze, w tym Stephen King oraz Joyce Carol Oates, określili go zaszczytnym mianem dziedzica Edgara Allana Poego. Proza Lovecrafta ma zapewne największą gęstość przymiotników w języku angielskim: „Ujrzałem świeży, lśniący, opalizujący czarny śluz przylegający grubym kożuchem do tych bezgłowych ciał, roztaczający wokoło obsceniczny, nowy i nieznany odór” [przeł. Robert Lipski]. Lecz, jak na artystę-odludka przystało, był tak pochłonięty swoimi szalonymi wizjami, że osiągnęły niezwykły majestat i wielkość. (…)

Minionego lata Universal wręczył del Toro zaliczkę, co pozwoliło mu stworzyć „przestrzeń dla sztuki” do Gór. Po raz kolejny del Toro tworzył stwory bez pewności sfinansowania filmu przez wytwórnię. Do końca roku miał przedstawić swoją wizję Universalowi. Jeśli decydenci Universalu powiedzą „tak”, zdjęcia zaczną się w czerwcu; jeśli nie, będzie musiał zmniejszyć ograniczenia wiekowe.

Spotkałem się z del Toro w Los Angeles pierwszego dnia przedprodukcji. Wynajął pięciu artystów, by na dziesięć tygodni popadli w „projektancką rozwiązłość” w Lightstorm, studiu produkcyjnym Jamesa Camerona, położonym w Santa Monica. W tej właśnie sieci biur powstały fragmenty Avatara. Tablice korkowe pokryte były konstelacjami srebrnych pinezek; w jednym z pokoi wewnętrznych wciąż stały na widoku makiety z Avatara. (…)

Del Toro chciał, by przez pierwszych kilka dni jego artyści od Gór rysowali bez wytycznych. Ludzie ci szkicowali shoggothy od czasu szkoły średniej. Co takiego ujrzeli dzięki Lovecraftowi? „Lovecraft tak naprawdę jest bardzo powściągliwy w opisywaniu Starych Istot”, podkreślał del Toro. „Ogólny wzorzec ciężko rozwiązać, ponieważ w gruncie rzeczy są to zaledwie skrzydlate ogórki.”

Chciał, żeby stwory w Górach były fascynujące, a nie odrażające. Przyznał: „Zazwyczaj stwory projektuje się w ten sam sposób, w jaki tworzono gargulce w kościołach – aby jak najbardziej szokowały.” Zacytował Raya Harryhausena, mistrza animacji poklatkowej, który projektował efekty specjalnie w Zmierzchu tytanów z 1981 roku: „Zwykł kiedyś mówić: 'Kiedy tylko myślisz o stworze, pomyśl o lwie – o tym jaki potrafi być wrogi, dobrotliwy lub majestatyczny, w zależności od tego, co robi. Jeśli twoje stworzenie nie jest w stanie się uspokoić, to znaczy, że zostało kiepsko zaprojektowane.’ Kiedy zobaczysz nasze stwory, nie powiesz: 'O, jaki fajny potwór filmowy.’ Powiesz: 'Z jakiego akwarium, z jakiego słoika wylazło to coś?’ Muszą wyglądać zupełnie wiarygodnie w swojej nieprawdopodobności.” Oglądał przyrodnicze filmy dokumentalne. „Najgorzej inspirować się wyłącznie potworami filmowymi. Musisz szukać inspiracji w National Geographic, w pracach biologicznych, w literaturze, u dobrych malarzy, u złych malarzy.”

W Lightstorm del Toro spotkał się najpierw z Callumem Greene’em, brytyjskim producentem. Greene ostrzegł go, że bez dyscypliny jego budżet łatwo przekroczy limit 125 milionów dolarów postawiony przez Universal. Greene wskazał tysiące momentów w scenariuszu, gdzie będą potrzebne efekty specjalne.

Większość z nich, jak przyznał del Toro, wymagało komputerowych programów do obróbki. „Efekty animatroniczne nie wyglądają dobrze w dziennym świetle”, podkreślał, a większość filmu kręcona będzie w zamglonych, śnieżnych krajobrazach. Ma zamiar przyjąć „wschodnią paletę”, w której białość jest powiązana ze śmiercią. „Również podejście fizyczne nie pomoże zrealizować wizji, według której chcę odmalować te istoty. Chcę, aby wyglądały na bardzo ciężkie. Musisz wykonać liczne odlewy rdzeniowe, a wiesz jak to jest – im cięższy jest zwierzaczek, tym łatwiej go połamać. Na planie zawsze powtarzasz: 'Nie uderz tego straszliwego potwora zbyt mocno albo się złamie!'” Jeśli to możliwe, wspomniał del Toro, to stworzy sekwencję szokową za pomocą obiektów fizycznych, by zagnieździć widza w czymś rzeczywistym. Stare Istoty przy pierwszym pojawieniu się widziane są jako zwłoki, a te Mike Elizalde jest w stanie stworzyć w Spectral Motion.

Del Toro chciał kręcić film w Kanadzie, co pozwoliłoby na zniżki podatkowe. Greene proponował filmowanie poza Vancouver: „Codziennie patrzysz na góry pokryte śniegiem.” Ale jednocześnie ostrzegał: „dwustu ludzi śpiących codziennie w hotelu to spore pieniądze.”

„Będziemy kręcić tam przez długi czas”, nalegał del Toro. W innym wypadku „tracisz ogólny ogląd i zaczynasz kręcić pieprzony film tygodnia Hallmarku.” Nalegał również na możliwość dwutygodniowego filmowania krajobrazów na Antarktydzie, gdzie, jak później przyznawał, naukowcy ostatnio wyznaczyli masywne pasmo górskie ukryte pod lodem.

Powiedział Greene’owi, że studia od efektów specjalnych muszą zrozumieć, że każdy shoggoth ma co najmniej „osiem wcieleń”. Mówił: „Powiedzmy, że stwór A zmienia się w stwora A-B, a potem w stwora B, potem w B-C. I z czasem kończy się na literce E.” Omówił jedną z przerażających transformacji shoggotha: „Dzieje się to tak, jakbyś przewracał skarpetkę na drugą stronę. Wyciska się przez swoją paszczę na drugą stronę.”

Broniąca się strzykwa

Del Toro odwiedził potem swoją drużynę artystów – ludzi przytakujących zgodnie, gdy ktoś zapytał: „Wiecie jak strzykwy wyrzygują swoje wnętrzności, by odstraszyć drapieżników?” Weteranem wśród nich był Wayne Barlowe, łagodny pan po pięćdziesiątce w okularach; współpracował z del Toro przy Hellboyu i pomógł stworzyć wiele stworzeń w Avatarze, w tym Wielkiego Leonopteryxa, latającą bestię, którą oswaja Jake Sully na planecie Pandora. Barlowe wciąż rysuje ołówkami. Usiadł w nasłonecznionej części pomieszczenia. Szkicował Cthulhu zadziwiająco swobodną dłonią. W jego wizji wiele części istoty wychodziło z centralnej, pionowej kolumny; to coś posiadało wielkość sekwoi. Del Toro spojrzał na to i rzekł: „Uwielbiam ruchome rzeczy!” Cthulhu był otoczony satelitą pasożytów, zupełnie jak niektóre rekiny okrążone przez ławice ryb. Barlowe przyznał, że dążył do „królewskiego wyglądu” i wskazał na szyję stwora. „To wygląda jak elżbietański kołnierz!”, powiedział Toro z uśmiechem. „Super.”

Specjalistą od obrzydliwości w grupie był Guy Davis, autor The Marquis, powieści graficznej, w której występowały, jak ujął to del Toro, „przyprawiające o lęk genitaliowe potwory”. Davis, uroczy człowiek z przygaszonym uśmiechem i rzedniejącym, przystrzyżonym krótko włosem, pokazał del Toro shoggotha w połowie transformacji.

„Naprawdę niezły”, powiedział del Toro. „Trochę jak tasiemiec.”

„Ta”, odpał Davis. „Kiedy przybiera kształt, zamiast tworzyć sobie oczy, bulgocze jak błoto albo pudding, tak że kształtują się oczodoły, ale nie oczy. Potem pojawia się jedno oko, a następnie jego mięsożerny kompan. Zawsze dostawałem świra na widok mumii, które mają oczodoły, ale nie mają oczu.”

„Nie zauważyłem”, przekomarzał się del Toro. „Cudnie.”

Allen Williams był nowy; del Toro wynajął go na Comic-Conie w lipcu, po tym jak zobaczył jego ilustracje na wystawie. Kilka szkiców Williamsa zainspirowanych zostało przez morskie życie: zmieniający się shoggoth wyglądał jak wielka meduza prześlizgująca się po lodach Antarktydy. Williams powiedział, że będzie naprawdę przerażająca, jeśli zobaczyć jak jego wnętrzności „lekko się poruszają pod błoniastym materiałem”. Del Toro przytaknął. Wskazując na stwora z dużą liczbą płetw stwierdził: „Lubię to, ponieważ wygląda prawie jak skrzydlica” – jeden z najdziwniejszych mieszkańców raf koralowych.

Skrzydlica

Chociaż del Toro był nastawiony entuzjastycznie do prac Williamsa, jednocześnie pouczył go na temat zbyt wielu oznak „infekcji lub schorzenia”. „Te stwory są jak Ferrari”, mówił del Toro. Przeciągnął dłońmi w powietrzu, sugerując ich aerodynamiczne kontury. „Stare Istoty nie tworzyły gównianych maszyn.”

Peter Konig, który również projektuje postacie do gier wideo, siedział w ciemnym jak smoła pokoju, przed świecącym ekranem. Jego dzieło miało ostre kontury, niczym egipskie hieroglify. Zabawiał się symetrią i pokazał shoggotha jakby osadzonego na patykowatych nogach. Jednym kliknięciem obrócił obrazek do góry nogami, a nogi stały się długimi ramionami, jak u małpy.

„Sylwetka działa w obie strony”, stwierdził del Toro.

Potem Konig pokazał shoggotha, którego macki wyrastały z czegoś, co przypominało długi, cofający się napletek. Stwór miał tuzin oczu, losowo umieszczonych, jak na jakimś ziemniaku.

„Koleś”, zaśmiał się del Toro. „To wygląda jak spartaczone obrzezanie!” Powiedział Konigowi, że potępia falliczne wytwory wyobraźni – oczywisty znak, że obcego projektował nerdowaty homo sapiens. (…)

Nawet jeśli drużyna del Toro miała trzy miesiące na eksperymenty, wyzwanie było ogromne. Pogrążone w zmarzlinie miasto, na przykład, powstanie dopiero po tym jak artyści ustalą, jak Stare Istoty się poruszały, jadły i spały. „Jeśli spędzisz dostatecznie dużo czasu na spacerowaniu ulicami – widząc katedrę, widząc jak w budynku czy samochodzie otwierają się i zamykają drzwi – zaczynasz rozumieć ergonomikę ludzkich istot”, mówił. Za pomocą kilku kluczowych ujęć del Toro chciał bez słów przywołać życie obcych istot.

Musiał również opanować 3D. Studiował Avatara na swoim laptopie i wychwalał „krystaliczne głębie”, które Cameron stworzył dla świata Pandory. Powiedział: „To co jest naprawdę super w 3D, to nie to, co na ciebie wyskakuje, ale głębia – to co nazywam 'efektem akwarium'”.

Cyfrowy spektakl Gór był oddalony o całe światy od czasów blizn stworzonych z kolodium oraz gumowych kostiumów. Zapytałem go czy technologia zaciera jego sztukę. „Wielkie pocieszenie zawsze przychodzi w postaci Hitchcocka”, mówił. „Hitchcock stworzył 3D, całym sercem, w M jak morderstwo. Wykorzystywał każdy gadżet, każdą soczewkę, każdą podstawę kamery. Jest świętym patronem moich skłonności.” Z zakłopotaniem stwierdził, że na Comic-Conie wprowadził serię figurek z Labiryntu Fauna. „Hitchcock pojawiłby się na Comic-Conie”, zapewnił. „Podpisywałby kolekcjonerskie zasłonki prysznicowe. Był showmanem, ale i wielkim twórcą filmowym.”

Na początku grudnia, w wieczór poprzedzający przedstawienie przez del Toro Universalowi swojej wizji Gór, siedział zdenerwowany w Bleak House. (…) Dostarczono mu do domu projekty stworzone w Lightstorm, a  plansze na prezentacje były już przygotowane przez jego asystentów. Znajdowały się na blacie kuchennym, a on zaczął je przeglądać.

Wygląd akwarium, o którym mówił w Lightstorm, stał się bez wątpienia główną metaforą. „Chciałem, żeby całe miasto było jak opuszczona rafa koralowa”, przyznał. Pokazał mi ilustrację wnętrza przypominającego jaskinię. Wszystko przypominało walec i pokryte było szkieletowymi szczątkami – porzuconymi narzędziami. „Każda rafa koralowa to kupa szkieletów połączonych razem, nie? Cała technologia, jaką dysponują te stworzenia, jest organiczna. Ty i ja używamy metali, tworzyw sztucznych. A te istoty nie mają broni ani dłut. Ich narzędziami są inne stworzenia.”

Architektura Starych Istot oparta jest na „krzywych i walcach”, oznajmił. „Nie ma żadnych schodów, żadnych murów obronnych. A budynki ani trochę nie są ludzkie. Nie ma żadnych balkonów ani przejść.” Miejsce to przypominało labirynt tub pneumatycznych.

Tak jak obiecywał del Toro, kształt miasta przywodził na myśl sylwetki Starych Istot. „W gruncie rzeczy były jak czopki”, stwierdził. „Torpedowali się przez walce.” Ale czy Lovecraft nie pisał o tym, że mają skrzydła? Del Toro uśmiechnął się: skrzydła i macki zostały ukryte wewnątrz owalnej sylwetki. Stara Istota otwierała się jak „szwajcarski scyzoryk”.

Motyw oceaniczny był szczególnie widoczny w projekcie Starych Istot. Entuzjazm del Toro do skrzydlic nie osłabł, a skrzydła obcych istot przywodziły na myśl ich rozliczne płetwy. W ruchu, wyjaśniał, Stare Istoty będą wyglądać jakby dryfowały – „nieograniczone przez grawitację”. W miarę jak kamera będzie śledzić jak obijają się po mieście, widz poczuje się zdezorientowany, niczym spanikowany płetwonurek wewnątrz jaskini. „Zaprojektowaliśmy te istoty w taki sposób, że mogą poruszać się w przód i w tym, wisieć lub tkwić pionowo, i wciąż mają sens”, mówił. (…) otworzył laptop i pokazał mi surowy model cyfrowy Starej Istoty. Tak jak Peter Konig w Lightstorm, obrócił obraz do góry nogami; potem przewrócił go na bok – w każdej pozycji ruch był wiarygodny. „To coś nie ma przodu ani tyłu”, wyjaśniał. „Jeśli będzie się poruszało do przodu i do tyłu w sposób, w jaki ja rozumiem, będzie nudno. Widziałeś hiszpańską tancerkę poruszającą się w wodzie? Robią to tak” – jego dłoń wykonała falisty ruch. „To coś jest muskularne i straszne.”

Shoggothy dokonywały jeszcze bardziej płynnej przemiany. Stworzenie ich pchnie technologię cyfrową do granic: to nie będzie tylko przekształcanie wielokąta; to będzie szybka wymiana jednego w drugi. Del Toro zamówił kilka makiet u Mike’a Elizaldego. Odlane z żywicy potwory spoczywały na podstawach ze sztucznego śniegu, a unoszące się shoggothy przytrzymywały w górze metalowe pręty. Modele stanowiły budzące wspomnienia relikty dwudziestowiecznej technologii, lecz zarazem pomagały połączyć obecną wizję del Toro z tradycją Forresta Ackermana [pierwszego wielkiego fana science fiction w historii – przyp. tłum.]. (…)

Shoggothy miały połysk samochodów wyścigowych. „Są nieskazitelne”, mówił del Toro. „Są funkcjonalne. Nie są asymetryczne. Symetria to wydajność. A ci goście musieli być wydajni.” Nie był jeszcze pewien czy kolorystyka shoggotha powinna być „perłowa” czy „cyrkulacyjna” – czerwień i błękit. Ponieważ shoggothy mogły przemieniać się w cokolwiek, nie miały ustalonej sylwetki, wielu jednak będzie miało „protoplazmatyczną misę”, podobny do odwłoku obszar, z którego będą się wykluwać nowe kształty. Jedna z makiet stanowiła zagmatwane wykrzywienie klasycznych Lovecraftowych kształtów. Wyglądała jak głowa wielkiej ośmiornicy z mackami wystającymi z góry i z dołu – przerażająca symetria. „Tam w środku to mój brzuch”, żartował del Toro.

W innej makiecie shoggothowi wyrastały dwie głowy, a każda wyciągała się z szyi jak u brontozaura. Mógł niszczyć ofiary za pomocą zderzania ze sobą czaszek. „Pomysł polega na tym, by stworzyć czaszki funkcjonujące jako szczęki”, powiedział. Shoggothy często będą tworzyć widmowe parodie ludzkich kształtów; goniąc za ludźmi, będą ich w przybliżony sposób imitować.

Przeczytawszy scenariusz, wiedziałem, że będzie dużo trupów. („BAMMMMM!!!!! Ogromny shoggoth wystrzela z wieży!!!!! Chwyta i pochłania Gordona w połowie jego przemowy!”) Ale del Toro obiecał, że film nie będzie „krwisty”. Ofiary będą „pochłaniane” przez obcych w sposób „dziwny i straszny”. Wyjaśnił: „Kiedy oglądasz dokument o modliszce zjadającej głowę partera, jesteś zafascynowany ze względu na złożoność jej mechanizmu gębowego. To straszny widok, ale jesteś zafascynowany.” Chociaż nie będzie chlapał krwią, przyznał, że będzie musiał walczyć z Universalem o status filmu dla dorosłych, „żeby mieć swobodę przy czynieniu go naprawdę, naprawdę niepokojącym i paskudnym.”

Spotkanie w Universalu, przyznał, miało się odbyć o 10.30: „Jeszcze nigdy tak się nie denerwowałem przed spotkaniem. (…) Mieli na nim być Adam Fogelson i Donna Langley, główni kierownicy Universalu, jak również James Cameron. Del Toro przyznał: „Wspiera moją sprawę. Powiedział mi: 'Zrobiłeś to z piątką ludzi w dziesięć tygodni? To zdumiewające.'”

Del Toro zasugerował, że nie ma zamiaru przeprowadzać radykalnych zmian, żeby przystosować się do jego wizji. „Nie chcę zrobić filmu zatytułowanego W górach szaleństwa. Chcę zrobić ten film. A jeśli nie będę mógł go zrobić, to zabiorę się za co innego.” Milczał przez chwilę. „Będzie straszny.”

Fogelson był pod wrażeniem prezentacji. „Poczucie ogromu, poczucie zagrożenia, a zarazem zwykła komercyjna atrakcyjność stworzeń, które nam pokazał, to był dopiero widok”, wyjawił w rozmowie ze mną. „Na każdym kroku nas zdumiewał i, żeby być szczerym, wiedział – i wszyscy wiedzieliśmy – że to zdumienie to warunek konieczny, żeby film powstawał w dalszym ciągu. To zakład o wielkie pieniądze.” Universal jednak nie był gotowy, by dać zielone światło projektowi. Del Toro poszedł na kolejne spotkanie, a potem na kolejne. Pod koniec stycznia projekt wciąż był zaledwie niewiadomą. Del Toro był pewien, że jego istoty pewnego dnia pojawią się w multipleksach, lecz pamiętam też, że nazywał Hollywood „Krainą Powolnego Nie”. (…)

tłumaczenie: Mateusz Kopacz